piątek, 5 października 2012

WYPRAWA DO OPACTWA BENEDYKTYNÓW W TYŃCU

Przy okazji letniego pobytu w Krakowie w żadnym razie nie mogłam pominąć wyjazdu do Opactwa Benedyktynów w niedalekim Tyńcu. Decyzja zapadła spontanicznie, pośród wielkiego entuzjazmu i z przekonaniem, że to najlepszy wybór w upalne letnie południe. Pojechałyśmy tam autobusem z centrum miasta. Przeszłyśmy przez wioskę a zbliżając się do Opactwa mijałyśmy wysoki mur klasztorny, za którym z pewnością skrywa się od wieków ogród klasztorny, gdyż reguła benedyktyńska nakazywała mnichom utrzymywanie się pracy własnych rąk. 




Klasztor Benedyktynów w Tyńcu, to piękne miejsce. Zauroczona w zeszłym roku wspaniałością pradawnego Opactwa, położonego jak nakazywała reguła zakonu Benedyktynów – na wzgórzu, musiałam koniecznie i w tym roku tam powrócić, bynajmniej, nie tylko ze względu na walory widokowe miejsca. W miejscach dostępnych do zwiedzania napatrzeć się można do syta na piękno, które pozostawiły tu po sobie minione epoki odpływające spokojnie, bądź burzliwie, jedna po drugiej a każda pozostawiała tu choćby skromne ślady swojego rozkwitu i zanim półzmierzchem oddaliła się w mroki dziejów, przekazała przyszłości owoce pracy twórców i artystów.
 Wybierając się do Tyńca zupełnie zapomniałam o tym, że trzeba spełniać odpowiednie kryteria pod względem ubrania. Jak upał to upał, kto by myślał o rękawach, nawet krótkich? Kiedy tylko przekroczyłyśmy monumentalną, średniowieczną bramę , dopiero zauważyłam problem stroju. Jednak przy wejściu skorzystałam z możliwości wypożyczenia ratującej 
z „opresji” chusty. Jak dobrze, że zakonnicy pomyśleli o takich turystkach jak ja i stworzyli możliwość ku temu, abym elegancko wybrnęła z kłopotu. Inaczej bezwzględnie padłabym ofiarą mody plażowej na wiekowym gościńcu, o krok od bramy wejściowej.


Z naszym zwiedzaniem klasztoru w Tyńcu rzecz miała się tak: gdy tylko weszłyśmy na dziedziniec od razu koniecznie chciałam pokazać kuzynce studnię, którą to już rok wcześniej z zachwytu obeszłam kilka razy dookoła i nie mogłam się napatrzeć jaka jest wspaniała! Zabrałyśmy się za czytanie pięknej legendy o studni, głoszącej o okrutnej zbrodni 
i przebaczeniu w niezwykłych okolicznościach. Przytoczę treść legendy o Tynieckiej Studni, jednak jest to krótsza wersja niż ta, którą czytałyśmy na miejscu a brzmi tak:
"Na dworze wawelskiego monarchy żyło dwóch przyjaciół: Jaśko Toporczyk
i Staszko Nałęcz. Choć byli przyjaciółmi, różnili się charakterami. Jaśko był gwałtowny, potrafił z byle powodu wybuchnąć niepohamowanym gniewem, natomiast Staszko był jego przeciwieństwem – zawsze pogodny, uśmiechnięty, uprzejmy. Pewnego razu podczas drobnej sprzeczki gwałtownik Jaśko wyjął miecz i zabił przyjaciela.
Sąd królewski chciał Jaśka śmiercią ukarać, lecz na prośbę opata tynieckiego król wydał więźnia klasztorowi, by tam odbył karę, jaką przypisze mu opat. Wyrok opata był następujący: Jaśko Toporczyk będzie w litej skale, jaką jest góra tyniecka, kopał studnię tak długo, aż tryśnie z niej woda potrzebna klasztorowi
i rycerzom w warowni.
Lata całe rozbijał Jaśko kilofem skałę, zagłębiając się w niej metr po metrze. Jedzenie podsyłano mu w koszu, opuszczanym w dół na sznurze, a on świata bożego nie widząc kuł dzień i noc. Pewnej nocy ukazał mu się duch zamordowanego przyjaciela Staszka Nałęcza i powiedział:
- Jaśko, przebaczam ci winę. Jutro, gdy opuszczą skrzynię, abyś załadował urobek skalny, wskocz do niej i każ się wyciągnąć. Nazajutrz rankiem opuszczono skrzynię; wrzucił do niej Jaśko ostatni odłupany kawałek skały i ledwie sam zdążył wskoczyć do środka i szarpnąć za sznur, gdy z okna trysnęła woda i szybko zapełniła całą studnię. I studnia ta istnieje do dziś".
Źródło: J. Adamski, Legendy Starego Krakowa


W trakcie czytania legendy zauważyłyśmy, że wokół studni zgromadziło się niemało ludzi. Okazało się, że właśnie grupa turystów wyrusza na zwiedzanie krużganków klasztornych 

z przewodnikiem. Szybko poleciałam po bilety i jeszcze zdążyłyśmy pójść z ta grupką na zwiedzanie. 
Kiedy już znalazłyśmy się w krużgankach, od razu poczułyśmy się otoczone aurą piękna przyodzianego w surowość oczywiście za sprawą architektury krużganków, charakterystycznej dla średniowiecza. Podziwiałyśmy tę część kompleksu klasztornego przez ponad 40 minut, słuchałyśmy opowieści o historii opactwa, okryto przed nami niektóre – jak dla nas - „sekrety” reguły benedyktyńskiej, oglądałyśmy freski i eksponaty muzealne. Wracałam też pamięcią do konkretnych miejsc znajdujących się w potężnym, pełnym blasku 
i świetności Opactwie Benedyktynów na Monte Cassino, które było kilka razy wspomniane w opowieściach przewodnika. 
Gdyby ktoś chciał zobaczyć krużganki klasztorne polecam spacer wirtualny na stronie Opactwa Benedyktynów. 


W tej atmosferze „uniesienia” w odległe i wspaniałe średniowiecze kontemplujące głębokie tajemnice wiary, przeszłyśmy z krużganków do kościoła Świętych Piotra i Pawła, aby uczestniczyć przez chwilę w modlitwach wspólnoty mnichów, śpiewanych chorałem gregoriańskim. Bardzo dawno już nie słyszałam śpiewów gregoriańskich na żywo i muszę powiedzieć, że tylko na żywo można dostrzec ich pełne piękno. Na co dzień nawet mi do głowy nie przyjdzie, że miałabym słuchać chorałów z płyty albo w telewizji, ale będąc w Tyńcu trzeba też i w tym uczestniczyć, są i powinny być nieodłącznym „punktem programu” zwiedzania. Zdecydowanie warto zatrzymać się wtedy na dłużej w kościele i wejść w ich klimat.

Później poszłyśmy też do kawiarenki na terenie Opactwa, aby skosztować benedyktyńskich smaków i poplotkować o wielu ciekawych rzeczach po długim niewidzeniu się. Zerkałyśmy też na widoki rozciągające się z tynieckiego wzgórza. Jednak w takich okolicznościach wcale nie myślałam o aparacie i zdjęcie jest jeszcze z tamtego roku.



Do ważnych i ciekawych ploteczek wybrałyśmy kawę z dużą ilością bitej śmietany i nie pamiętam z czym jeszcze. 


Nasycone pogawędką i kaloriami poszłyśmy do sklepiku z produktami benedyktyńskimi. Kupione tam wino malinowe było przepyszne i prawdę mówiąc; zgrzeszyłam zakupieniem tylko jednej butelki aż na 6 osób. No i cóż, trzeba było wracać. Przy wyjściu oddałam chustę z szarego płótna i nie powiem, żeby nie było mi trochę żal, bo towarzyszyła mi przez cały pobyt i wyjątkowo dobrze się w niej czułam a to z pewnością zasługa niezwykłej benedyktyńskiej gościnności, która przyciąga z powrotem swoją tajemniczą siłą… A ja nie byłam jeszcze w Domu Gościnnym a propozycji warsztatów i spotkań jest wiele… Myślę, że kiedyś się skuszę na któryś z nich i znów będzie okazja, aby tam pojechać. 
 

4 komentarze:

  1. Pięknie... Urzekają mnie takie miejsca. Pełna harmonia, cisza... To są ludzie, którzy się nie spieszą, nie są skalani tym co cywilizacja nam daje, są poświęceni wyłącznie sprawom ducha, są... zdrowi - tak sobie właśnie pomyślałam. Są dalecy od stresów, depresji i innych miejskich chorób.
    I to się udziela, kiedy przebywasz w ich domu. Klasztor Franciszkanów ostatnio mnie ugościł. I wiem, że jeszcze tam wrócę.

    p.s.
    A życzliwych słów nigdy za wiele. ;) Miłego dnia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Śladów cywilizacji jest tam mnóstwo:) Byłam tam zbyt krótko, żeby poznać styl życia zakonników, dlatego nie było to celem naszej wycieczki:)

      Usuń
  2. Nie wiedziałam że u benedyktynów w Tyńcu można taką wypasioną kawę wypić:) Widać że zbyt dawno w tym wspaniałym miejscu nie byłam. Z gościnności benedyktynów korzystałam tyle że we Francji, jadłam, piłam wino a nawet mieszkałam kilkakrotnie w dwóch opactwach. Ich wino działa cudnie rozweselająco....
    Ale nie ma jak ich świątynie pełne ducha i zadumy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest tam więcej wypasionych rzeczy:) dobrze się o tym przekonać na miejscu:)

      Usuń

Bardzo dziękuję za pozostawione komentarze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...