
Na pewno warto sprawdzić na ile tkwimy przy pierwszym a na realizujemy to drugie we własnym postępowaniu, czy istnieje tu spójność. Na pewno też warto od razu zabrać się do poprawek we własnym charakterze i solidnego prania duchowego, wiem też z własnego doświadczenia, że to trudne ale lepiej nie odkładać na później bo inaczej co to za czuwanie?
Pozorne i prawdziwe »bycie w porządku«. Trudno tu mówić o występującej prawidłowości, czy o schematach charakteryzujących jedno i drugie. Pierwsi chętnie określają się jako osoby elastyczne i myślące konkretnie. Ich postępowanie nie jest jednoznaczne i jasne w świetle chrześcijańskich wartości. Są pozbawieni kośćca – w sferze moralnej stawiają własne potrzeby ponad wartościami chrześcijańskimi, są oschli, zimni, twardzi - ale nie silni. Głównym celem na którym się skupiają jest ukazanie siebie, jako autorytetu. W tym celu są nawet skłonni na naruszenia przestrzeni relacji personalnych i niszczenia ich. To najbardziej destrukcyjna siła. Nie są zdolni do zmiany skostniałych schematów we własnym systemie wartości, których przecież nie wynieśli ze słuchania Jezusa. Oczekują, że inni będą „tańczyć, albo płakać” wtedy, gdy czas i okoliczności określi ich »autorytet«. Wkraczają też w obszar, gdzie chcieliby sięgnąć po prawo samodzielnego rozdzielania łask Bożych , darów Ducha Świętego, opinii itd. Ewangelia mówi, że Jezus rozmawiał z ludźmi – wszystkich stanów a inni widzieli w tym zło i nie oszczędzili dosadnych etykietek samemu Jezusowi. Jezus chciał słuchać ludzi, aby nauczyć nas słuchania. Ten, kto nie słucha słowa Chrystusa, nie potrafi widzieć w drugim człowieka, powiedzieć, że nawalił w poważnej sprawie, będzie unikał konfrontacji jak ognia, jeśli ta miałaby być uczciwa, bo na pewno nie przyzna się do błędu. Niestety, jest to gorzką prawdą, że taka postawa nie jest rzadkością wśród wielu zdeklarowanych chrześcijan, zarówno w stanie świeckim jak i duchownym.
Prawdziwe »bycie w porządku«. Co zrobić w zderzeniu z tą pierwszą postawą, jak samego siebie przed nią uchronić? Na pewno trzeba pokonać chęć odwetu, który rodzi się naturalnie w odpowiedzi na każdy rodzaj przemocy. Może to paradoksalne, ale zostawmy tych toksycznych »porządnych« w ich świecie bo i tak go nie zmienimy. Możemy im tylko wytrącić argumenty świadectwem naszego życia, odpowiedzialnością za to, co jest naszym zadaniem i wiernością Bogu. Zostawmy złość i zło, tym którzy świadomie i dobrowolnie chcą nim żyć, choćby w odniesieniu do nas.
Wtedy nie stracimy też nadziei, że miłość jest silniejsza niż przemoc. Miłość dodaje odwagi. Prowadzi do nowej przestrzeni w której mogę się poczuć całkowicie dobrze i bezpiecznie. Droga wśród przeciwności oświetlona blaskiem przychodzącego Chrystusa prowadzi do przebudowania we własnym życiu tego co było na coś nowego, lepszego.