Witajcie!
Pewnie niedługo przyjdzie czas
na kolejne blogowe wycieczki, a tymczasem zapraszam na krótki film ze
Złotych Piasków w Bułgarii, którą udaje mi się systematycznie odwiedzać
podczas tegorocznych wakacji.
sobota, 16 sierpnia 2014
piątek, 13 czerwca 2014
Wakacje
Witam. Już dawno miałam napisać krótką informację, że na jakiś czas – a będzie to prawdopodobnie całe lato - robię przerwę od zamieszczania wpisów na tym blogu.
A to dlatego, że piszę teraz co innego i gdzie indziej – a czas mi nie pozwala na ogarnianie jeszcze tego bloga.
W każdym razie cały czas zapraszam i cały czas na tym blogu jestem :)
sobota, 24 maja 2014
Dachówka - tegola italiana
Dawno już nie pokazywałam swoich prac, a tym razem zdekupażowałam dachówkę przywiezioną z Włoch.
Właściwie kiedy dachówka opuściła fabrykę, mogła się znaleźć na dachu, pod włoskim niebem, na przykład w Apulii :) ale trafiła do sklepiku z pamiątkami w San Giovanni Rotondo. Wcześniej naklejono na niej postać O. Pio, wydrukowaną na dość grubym papierze. Na takim jak to drukuje się afisze i plakaty. Nie podobało mi się, że zostało to wpisane w dziedzinę decoupage, bo faktycznie dekupażem nie było, a całość nie prezentowała się efektownie. Tak więc na dachówce pojawiła się włoska kamieniczka z okienkami. Wykorzystałam motywy z kilku serwetek a resztę powierzchni pomalowałam.
poniedziałek, 19 maja 2014
Niebiańska Bazylika, białe uliczki i uroki Gargano
W
Monte San Angelo, położonym w Apulii znajduje się słynne sanktuarium św.
Archanioła Michała. Wiele miejsc już określiłam słowem: niezwykle – i tak
właśnie jest, bo każde z nich ma swój niepowtarzalny klimat, tworzony przez jedyne
w swoim rodzaju zdarzenia składające się na osobliwą aurę, której mogą
posmakować ci, którzy tam przyjeżdżają.
To samo chcę powiedzieć o sanktuarium w
Monte San’t Angelo. Jest urocze i niezwykłe. Jest tak za sprawą historii
opowiadającej o zdarzeniach nadprzyrodzonych, które zadecydowały o usytuowaniu
sanktuarium właśnie tam, a po drugie to miejsce swój „rajski” klimat zawdzięcza
też pięknemu położeniu i śródziemnomorskim krajobrazom podziwianym po
drodze przez zmierzających tu przybyszów.
Jeden i drugi aspekt decyduje o obecnej
tam osobliwej magii miejsca, wyzwalającej w przybywających przede wszystkim radość,
zachwyt i wdzięczność. Tak to przynajmniej wygląda na podstawie moich
własnych obserwacji i wrażeń.
Z
historią powstania sanktuarium są związane trzy objawienia św. Archanioła
Michała, które miały miejsce w V wieku, a 12 wieków później, biskup tego
miejsca miał jeszcze jedną wizję Archanioła. Wszystkie historie są bardzo
długie, dlatego wspomnę tylko jedną, mówiącą o założeniu i poświęceniu
Niebiańskiej Bazyliki, a jeśli ktoś z Was chciałby szczegółowo poznać
wszystkie opowieści, polecam odwiedzenie strony internetowej sanktuarium.
O
poświęceniu tego miejsca przez samego św. Archanioła Michała opowiada
objawienie, które jest datowane na dzień 29 września 493 roku i trzecim
objawieniem się Archanioła.
Historia
przywołująca kontekst sytuacyjny ukazania się Archanioła mówi, że po
odniesionym zwycięstwie w bitwie wojsk chrześcijańskich z Gotami, będącym
zasługą cudownej interwencji św. Michała Archanioła, biskup tego miejsca św.
Wawrzyniec, postanowił poświęcić grotę wybraną przez św. Michała Archanioła, na
miejsce święte.
Otóż w nocy, we śnie Archanioł objawił się temu właśnie biskupowi,
oznajmiając, że poświęcenie bazyliki nie jest jego zadaniem, bo miejsce już
jest poświęcone i chronione przez Niego samego. Wtedy biskup Wawrzyniec
wraz z innymi siedmioma biskupami
Apulii, z księżmi i ludnością wybrał się z procesją do groty na Górze
Gargano. Po przybyciu na miejsce wszyscy usłyszeli wydobywające się z groty
cudowne anielskie śpiewy. Kiedy weszli do środka, zastali ołtarz przykryty
szkarłatnym suknem, a nad nim kryształowy krzyż. Od tego dnia grota na Monte
Gargano nosi tytuł Niebiańskiej Bazyliki, bo jako jedyna świątynia na świecie
nie została poświęcona ręką ludzką.
Do
bazyliki wchodzi się schodami prowadzącymi w dół, które prowadzą do niewielkiej
nawy z której wchodzi się do groty w skale. To miejsce, jak każde inne
wypełnione było tłumami pielgrzymów i pod jakimś tajemniczym wpływem tych
okoliczności sanktuarium eksponowało przede wszystkim przygodę pielgrzymowania.
To miejsce od wieków jest miejscem licznych pielgrzymek, różnych ludzi, a
wszelkie inne aspekty – takie jak zwiedzanie i skupianie się na architekturze
oraz działach sztuki – za sprawą rzeszy ludzi pozostającej pod wrażeniem miejsca
niejako umykały w cień.
Ciekawostką
jest, że znajdujące się w Europie trzy sanktuaria poświęcone św. Archaniołowi
Michałowi łączy linia prosta. Legenda mówi, że szlak pielgrzymkowy został
wyznaczony przez miecz samego Archanioła w walce z szatanem. Wzdłuż
linii przebiega niewidzialna nić łączącą trzy bazyliki. Są to sanktuaria: w San
Michele w Normandii, San Michele in Val di Suse oraz Monte San’t Angelo na
Półwyspie Gargano, położone w ostrodze włoskiego buta.
Rozpoczynając
przechadzkę po miasteczku najpierw obfotografowałam ośmioboczną wieżę
dzwonniczą, zbudowaną w XIII wieku, stojącą w sąsiedztwie sanktuarium. Wnosi
się na wysokość 27 metrów, ale to wystarczy, aby przy niskiej zabudowie
miasteczka była widoczna z wielu miejsc.
Spacer
pośród wąskich i stromych uliczek, na których nie brakuje schodów, biegnących pomiędzy
pobielonymi wapnem niskimi domkami, należy do prawdziwych przyjemności. Uliczki
biegną wzdłuż i w poprzek stoku wzgórza, niektóre też jakoś po skosie i
zgrabnie zakręcają pod różnym kątem, co rusz zmieniając poziom i jeśli biegną
stromo w dół, to tylko po to, aby za zakrętem znów piąć się ku górze.
Są takie,
które ciągną się daleko i cieszą oko pięknym widokiem w perspektywie, a inne
mają zaledwie kilka metrów. Cisza i spokój nie wyklucza tu zdumienia nad
skomplikowanym układem i różnorodnością domków.
Co kilkanaście metrów dociera
się niespodziewanie do tajemniczo cichych zaułków i placyków ukrytych tam,
gdzie najmniej się można tego spodziewać. Wokół jest tak cicho i spokojnie,
jakby całe życie się zatrzymało, całkiem jak po naciśnięciu pauzy na pilocie.
Nie
pamiętam też, czy kiedyś widziałam miejsce bardziej skomplikowane
topograficznie, przebogate w ślepe uliczki, którego czar i fenomen
polega na tym, że pomimo kluczenia, jak po labiryncie, tam najzwyczajniej nie
da się zgubić!
Uwagę
przykuwają też osobliwe szczegóły.
Nie
zaglądając wścibsko w toczące się spokojnie życie mieszkańców, dostrzec można piękno
codzienności, która sama wchodzi w pole widzenia. Dzięki niebanalnemu i
świeżemu urokowi otoczenia, zdecydowanie nabiera posmaku egzotycznej atrakcji.
W takiej oprawie nawet wietrzenie i suszenie prania skupia uwagę turysty,
nie w mniejszym stopniu niż wiekowy zabytek.
W
wielu miejscach, zwłaszcza nad bramami i na ścianach domów widnieją niewielkie
figurki, albo płaskorzeźby przedstawiające św. Archanioła Michała.
Poszukując
szybkiej przekąski trafiłam do piekarni. Oczywiście tego, co chciałam nie było.
Kupowanie „chlebka” na cały tydzień nie pasowało co prawda do moich planów
zaopatrzeniowych, ale czemuż by się nim nie zachwycić? W końcu to też wyrób
regionalny.
Odwiedziłam
też kościół Santa Maria Maggiore, zbudowany w XI wieku. Długo oglądałam portal
ozdobiony płaskorzeźbą przedstawiającą Maryję z Dzieciątkiem, otoczoną
misternie rzeźbionymi motywami roślinnymi umieszczonymi na głowicach pilastrów
i wzorami, którymi Longobardowie lubili ozdabiać wejścia.
Wnętrze
tonie w półmroku a na filarach dzielących kościół na trzy nawy widnieją stare
malowidła w stylu bizantyjskim, przedstawiające wizerunki aniołów i świętych.
Wyglądają na przetarte, wyblakłe i w wielu miejscach nadgryzione zębem czasu i
doskonale przywołuję atmosferę surowego średniowiecza.
A
okolica Monte Sant’Angelo? Tak jak wspomniałam na początku, urzeka mocno
pięknem krajobrazów i przyrody. Część Apulii rozciągająca się w okolicach
półwyspu Gargano jest terenem bardzo atrakcyjnym pod względem widokowym.
W krajobrazie dominują oczywiście gaje oliwne i pola uprawne, ale też
skały, urwiska i wąskie kręte drogi biegnące na krawędziach skalistych
gór. Stamtąd rozciągają się piękne widoki na Morze Adriatyckie, albo na Zatokę
Manfredońską – w zależności, od wyboru trasy.
Życie codzienne mieszkańców okolicznych wsi, też dostarcza
spontanicznych turystycznych atrakcji. Po drodze mogą się przydarzyć i takie
urocze sytuacje, wymuszające zatrzymanie się i podziwianie tego, co na drodze.
To
na nich tak się skupiłam, że zupełnie zapomniałam o sfotografowaniu
drzew w parku narodowym, przez który wiodła trasa. A trzeba było uwiecznić
ich pnie, charakterystycznie porośnięte wielkimi i puszystymi kępami jasno
zielonego mchu, które opatulały je aż w połowie szerokości i na całej
wysokości drzewa. Powiem tylko, że wyglądały imponująco, całkiem jak potężne
zielone kolumny:) z liściastą koroną.
środa, 14 maja 2014
Manopello - Święte Oblicze
Manopello
to bardzo mała miejscowość, właściwie trzeba by ją nazwać raczej osadą. Głównym
celem wizyty turystów i pielgrzymów jest kościół skrywający relikwię
Świętego Oblicza. Oprócz kościoła, sklepiku z pamiątkami i baru dla
przybyszów, niczego więcej tu nie ma. Kościół położony pośród masywów górskich,
które w tym miejscu płynnie przechodzą w łagodne wzgórza i malowniczo
wkomponowuje się w górzysty krajobraz. Widoczna z daleka fasada kościoła,
ozdobiona geometrycznymi wzorami z kolorowych kamieni podkreśla walory
krajobrazu, stanowiąc bez wątpienia jego oryginalną ozdobę.
Historia
relikwii jest bardzo długa, burzliwa i niezwykła. Stała się znana za sprawą
niemieckiego pisarza Paula Badd’ego i jego książki „Boskie Oblicze”. Pisarz
przeprowadził prywatne śledztwo, które miało dać odpowiedź na pytanie o autentyczność i losy całunu,
nazywanego Świętym Obliczem (Volto Santo), chustą Weroniki, całunem z Manopello
i mandylionem z Edessy. Jedno z pytań brzmiało: w jaki sposób całun
znalazł się w Manopello?
Wchodząc
po schodkach usytuowanych za ołtarzem można z bliska zobaczyć tkaninę
z wizerunkiem twarzy człowieka, umieszczoną w relikwiarzu i uznawaną
za chustę grobową Jezusa. Mając na uwadze zdarzenia związane z relikwią, które
miały miejsce w przeszłości, trudno
nie poczuć ich aury i dynamiki.
Pierwszym
źródłem, dzięki któremu można sięgnąć do odległej przeszłości są legendy, które
trafnie wskazują na miejsce przechowywania całunu. Pierwsza mówi, że zaraz po
zmartwychwstaniu Jezusa, całun przechowywała Maryja. Mówi też o tym, że był to
wizerunek na płótnie, który powstał w grobie Jezusa.
Zgodnie
z tradycją ciało Jezusa najpierw zostało owinięte w płótno i złożone
w grobie. Potem na twarzy położono chustę z bisioru a wizerunek
powstał w chwili zmartwychwstania.
Warto też zwrócić uwagę na rodzaj
materiału, z którego wykonana jest chusta. Otóż bisior jest utkany z jedwabistych
nici, które są wytwarzane przez niektóre gatunki małż, dlatego tkanina nazywana
jest też jedwabiem morskim. „Nici” są wytwarzane przez gruczoły bisiorowe,
znajdujące się u nasady „nóżek” małż i służą im do przytwierdzania się do
podłoża. Niektóre gatunki używają ich do sklejania gniazd. Bisior na większa
skalę wyrabiano w starożytności i w średniowieczu, a tkanina jest
bardzo lekka i przezroczysta.
Z uwagi
na to, że do pozyskania 20 dkg przędzy trzeba było wyłowić około 1000 sztuk
małż, bisior był bardzo kosztowny. Fakt,
że całun z Manopello jest wykonany z bisioru jest również argumentem
przemawiającym za jego autentycznością. Otóż bisioru nie da się pomalować.
Włókna są dużo cieńsze od ludzkiego włosa i nie posiadają łusek. Nie
przyjmuje więc pigmentów, a włosy właśnie dzięki temu, że są pokryte łuskami
– możemy farbować. Dlatego o całunie z Manopello mówi się, że nie
został namalowany ręką ludzką.
To
wystarczający argument, prześledzić losy całunu, nawet mając świadomość, że
i tak nie wszystko do końca będzie jasne, gdyż jest to historia sięgająca
tak dawnych czasów, że trudno dotrzeć do wszystkich faktów i zdarzeń.
Zapraszam
więc na krótką podróż przez historię, śladami całunu. To niezwykła tkanina. W starożytności
i w średniowieczu całun był otaczany szczególnie wielkim szacunkiem i uważany
za dar od samego Boga.
Gdyby
nie legendy, które trafnie wskazują na miejsce przechowywania całunu, trudno by
było ustalić miejsca przechowywania relikwii. Pierwszą z nich zapisano w
VI wieku, odnotowując, że po zmartwychwstaniu Jezusa całun zabrali apostołowie
a później przechowywała Maryja i to, że był to obraz, który powstał w grobie
Jezusa.
Druga
legenda mówi o królu Edessy, który zachorował na trąd i prosił Jezusa o
uzdrowienie. W odpowiedzi otrzymał chustę z wizerunkiem twarzy Jezusa i
odzyskał zdrowie. Całun rzeczywiście odnaleziono w Edessie. Był ukryty w
schowku, znajdującym się w murach.
Stamtąd
w VI wieku zabrano relikwię do Konstantynopola i otaczano wielką czcią.
Sam cesarz bizantyjski tylko raz w roku mógł oglądać całun, przygotowując się
starannie do tego wydarzenia. Otóż najpierw musiał wyspowiadać się i przyjąć
komunię św.
A św.
Weronika? Oczywiście nigdy nie istniała. Nie wspomina o niej żaden z
czterech opisów drogi Jezusa na Golgotę zawarty w Ewangeliach. Odnotowano wiele
innych szczegółów i znajdziemy tam nawet imiona synów Szymona z Cyreny,
ale ani słowa o Weronice. Prawdopodobnie legenda o Weronice jest wytworem
średniowiecznej fantazji i mogła powstać w czasie, gdy szukano odpowiedzi na
pytanie: jak powstał wizerunek na całunie?
W
VIII wieku całun znalazł się w Rzymie. Z tego czasu pochodzi zapis w kronice
papieskiej, mówiący że papież Stefan II miał nieść Oblicze Chrystusa idąc boso.
Następny
ślad odnaleziono w zapisach ojców obradujących na soborze w Nicei w 787 r.
Podkreślono wówczas rangę relikwii, pisząc że całun jest prawdziwym dowodem na
wcielenie i zmartwychwstanie Chrystusa.
Tak
więc od VIII wieku całun znajdował się w Rzymie. Papieże przez bardzo długi
czas unikali publicznego pokazywania relikwii z obawy, że Bizantyjczycy
mogliby domagać się jej zwrotu, bo najprawdopodobniej relikwia miała być przechowywana
w Rzymie tymczasowo.
Sytuacja
uległa zmianie po upadku Konstantynopola. Papież Innocenty III wprowadził
zwyczaj corocznej procesji z chustą Weroniki, która była niesiona ulicami
miasta z Bazyliki św. Piotra do niedalekiego kościoła San Spirito in Sassia. Po
uroczystej procesji najuboższym rozdawano jałmużnę na chleb, wino i mięso. W
tamtych czasach do Rzymu przybywało całe mnóstwo pielgrzymów, a główną
przyczyną nasilenia ruchu pielgrzymkowego była właśnie chusta Weroniki. Powstała
nawet odrębna gildia malarzy tworzących kopię obrazu Świętego Oblicza.
Wydarzenia
te zostały opisane też w średniowiecznej literaturze. W procesjach podczas
których niesiono całun uczestniczył z pewnością Dante Alghieri. Poeta wspomina
w Boskiej Komedii, że widział Twarz Boga. (Raj, Pieśń XXX, wers 100). Ponadto
Dante pisze o chuście Weroniki też w dziele, które nosi tytuł „Vita nova”.
W
XVI wieku po Rzymie rozeszła się wiadomość, że relikwia zniknęła.
Nie wiadomo
jednak kiedy dokładnie mogło to nastąpić. Rozważano też opcję, że mogła zostać
skradziona, albo zniszczona w czasie „sacco di Roma” – kiedy to wojska Karola V
złupiły Rzym, tocząc bitwę również w sąsiedztwie Bazyliki watykańskiej. Wtedy
to właśnie Gwardia Szwajcarska zabrała papieża Klemensa VIII z Watykanu, by
ratować jego życie. Papieża prowadzono korytarzem biegnącym wewnątrz murów,
łączących Watykan z Zamkiem Anioła. W czasie tej napaści wiele relikwii
przepadło bezpowrotnie, były palone i niszczone przez najeźdźców a dzieła sztuki
zagrabione.
Nikt nie wiedział, co się stało z chustą Weroniki. W skarbcu
watykańskim znaleziono puste weneckie ramy po relikwii. Kryształowe szyby były
potłuczone, a po całunie ani śladu. Powstała więc kolejna zagadka, ale z
cieniem nadziei na odnalezienie relikwii.
Czy może ktoś ją wcześniej stamtąd
zabrał, aby ocalić? Czy może była to zuchwała kradzież i w rezultacie przez
przypadek przyczyniła się do jej zachowania? Chusta przecież wcale nie musiała
zniknąć w czasie „sacco di Roma”.
Najprawdopodobniej
została skradziona wcześniej, a konkretnie w czasie rozpoczęcia budowy nowej
bazyliki, na początku XVI wieku.
Istnieje
też wzmianka z czasów późniejszych, pochodząca z początku XVII wieku która mówi,
że papież Paweł V niósł chustę Weroniki w uroczystej procesji. Nikt nie miał
jednak pewności, że była to już wtedy prawdziwa chusta.
Dziennikarskie
śledztwo przeprowadzone przez autora książki o Boskim Obliczu potwierdziło, że
w kościele w Manopello znajduje się dokładnie ten sam całun, który przed
wiekami zniknął ze skarbca watykańskiego. Dowodem jest odprysk kryształu,
tkwiący w rogu tkaniny.
Przeprowadzono
również inne skrupulatne badania, nad którymi skupiła się przede wszystkim
niemiecka zakonnica siostra Blandina Paschalis, która jest artystką i malarką
ikon. Udowodniła, że Twarz na całunie z Manopello idealnie pokrywa się z
wizerunkiem z całunu turyńskiego.
![]() |
Chusta z Manopello |
Kolejna
historia opowiada jak chusta Weroniki trafiła do Manopello. Otóż niedługo po
rozgłoszeniu wieści o zniknięciu relikwii z Watykanu, pewien kapucyn Donato
da Bomba napisał historię cudownego Oblicza. Dowiadujemy się z niej, że już dużo
wcześniej bo w XV wieku w Manopello mieszkał pewien doktor – Antonio
Leonelli, któremu przydarzyła się niezwykła historia.
Otóż kiedy stał na placu
przed kościołem ze swoimi znajomymi podszedł do niego nieznajomy pielgrzym
i poprosił, aby doktor wszedł z nim do kościoła, gdyż ma mu do przekazania
coś bardzo ważnego.
W kościele przybysz wręczył doktorowi paczuszkę a kiedy ten
ją rozwinął, zobaczył obraz Świętego Oblicza. W międzyczasie, gdy doktor
oglądał niezwykłą tkaninę, pątnik zniknął bez śladu.
Doktor urządził więc w
swoim domu ołtarz a relikwię przechowywano w jego rodzinie przez 100 lat. Tak
więc czas pojawienia się przybysza z relikwią w Manopello jak najbardziej
potwierdza, że mogła ona zniknąć z Rzymu przed „sacco do Roma”, właśnie podczas
wyburzania bazyliki konstantyńskiej na Watykanie w której przez cały czas była
przechowywana.
Później
w okolicznościach innego zamieszania stała się własnością człowieka, który
przekazał ją miejscowym kapucynom. Kapucyni umieścili ją najpierw w drewnianej
ramie, a w XVIII wieku wykonano srebrny relikwiarz.
Twarz
z całunu była też wzorem dla wszystkich mistrzów pędzla w epokach
starożytności, średniowiecza i renesansu. Przedstawiali Twarz Chrystusa,
zawsze wzorując się na modelu Boskiego Oblicza z całunu.
W
czasie pobytu zwiedziłam jeszcze muzeum. Nie będę zdradzać tajników dotyczących
eksponatów, powiem tylko że wystaw jest kilka. Pierwsza dotyczy relikwii
Świętego Oblicza i niejako kultu - czci relikwii, druga misyjna, mała, ale
pełna przedmiotów z dalekich krajów a dalej można oglądać zabytkowe przedmioty
użytku codziennego, meble, naczynia i szaty oraz księgi liturgiczne.
Czas
nie sprzyjał zwiedzaniu, bo przez kościół w Manopello przeszły tego dnia rzesze
pielgrzymów. Ludzie ustawiali się w długiej kolejce, aby zobaczyć relikwię, a
msze w języku polskim odbywały się jedna po drugiej. Panował uroczysty nastrój.
Nie było więc mowy o tym, aby miejscowy przewodnik miał szanse objaśnić
muzealną ekspozycję.
Za
kilka dni wspomnę o sanktuarium w Monte San’t Angelo i spacerze po wąskich
uliczkach pośród małych śnieżnobiałych domków.
wtorek, 13 maja 2014
Po drodze na kanonizację - Loreto
Witajcie
po długiej przerwie. Byłam na kanonizacji dwóch papieży Jana Pawła II i Jana
XXIII. Jadąc do Rzymu odwiedziłam kilka pięknych sanktuariów we Włoszech. Jak
na tydzień - sporo było tych miejsc. Zwiedzanie zaczęło się od Loreto, a potem
przyszła kolej na inne sanktuaria: Lanciano, Manopello, Asyż, San Govanni
Rotondo, Monte San Angelo i oczywiście Wieczne Miasto, którego tym razem
poczułam jak na lekarstwo i dotąd czuję niedosyt – a w ogóle, czy jest ktoś,
kto kiedykolwiek nasycił się Rzymem? W każdym miejscu panowało niejako „święte
zamieszanie”, bo przecież – rzecz jasna - mnóstwo grup zmierzając do Rzymu na
uroczystość kanonizacyjną, odwiedzało po drodze sanktuaria. Nie mogę tym razem
powiedzieć, że Italia była słoneczna, bo dominowała deszczowa aura.
Małe kamienne miasteczka, często chcą aby legendy opowiadające o ich założeniu nawiązywały do bohaterów spod Troi.
Włochy są też ojczyzną wielu artystów i świętych, których możemy wspominać oglądając dzieła architektury i sztuki romańskiej, gotyckiej czy renesansowej, których ten kraj ma do zaoferowania całe mnóstwo. Tam można oddychać historią, na każdym kroku.
A ja tak mam, że ledwo wrócę, już chcę jechać z powrotem. Tak więc gotowanie makaronu, polewanie wszelkich sałatek oliwą z oliwek i oglądanie filmów z Italią w tle uznaję za ubogi substytut ulubionych klimatów, smaków i zapachów.
Tym razem pojechałam z grupą pielgrzymów, jako pilot. Udzielałam więc informacji turystycznych na temat odwiedzanych miejsc i obiektów zabytkowych. Teraz, i w kilku kolejnych postach podzielę się tym co uważam za najważniejsze i najciekawsze.
A co do wycieczki, myślę, że mogę być zadowolona z całokształtu.
Przed wyjazdem opracowałam osobisty przewodnik. Zebrałam wszelkie możliwe
informacje wyłącznie pod kątem programu, który miałam zrealizować. Oczywiście
podstawą były też doświadczenia z wcześniejszych podróży. I absolutnie
nie dążę do umniejszania wartości gotowych przewodników turystycznych, a wręcz
przeciwnie, uważam, że są bardzo pożyteczne. Wskazują na to, czemu uwagę
poświęcić warto, a to wiedza bezcenna.
Sądzę jednak, że na trasie lepiej
posłużą turyście indywidualnemu, dając poczucie sytości informacji w danym
temacie.
A Włochy to prawdziwa kopalnia bogactw
duchowych, o tematyce na której zgłębienie życia nie starczy. Ale do czego
zmierzam?
Otóż szkoda, że nie wszyscy opiekunowie duchowi pielgrzymek do niej
sięgają i na tym aspekcie skupiają się w trakcie pielgrzymek.
Brakowało
mi zachowania konwencji, które są głównym wyznacznikiem charakteru wyjazdu
pielgrzymkowego.
A plotkarstwo jest niczym
najstarszy zawód świata. I dużo prawdziwych i wielkich autorytetów
już zabierało głos w tej sprawie, na czele z papieżem Franciszkiem.
I
nic. To cóż ja mogę? Dotąd nikt tego nie wytępił, ani do tego rodzaju ludzi nie
przemówił, to i ja nie mam szans, aby zostać skutecznym misjonarzem. Ci, którzy popisują się, że "są poinformowani" na czyjś temat, pewnie nigdy nie zmienią źródła swojej "radości".
Wracając
do mojego opracowania, muszę powiedzieć, że przeglądając literaturę na temat Włoch,
widać gołym okiem, że w większości ciekawych książek najbardziej wyraziście eksponuje
się widoki i smaki. I nic dziwnego, to przecież samo sedno. Jednak nie tylko te
aspekty składają się na ducha i aurę tego kraju. Pisząc swój mini
przewodnik starałam się raczej wyostrzyć spojrzenie w kierunku sztuki, artystów
i wynikające z ich twórczości dobro duchowe, rzecz jasna nie pomijając wrażeń
estetycznych dla których te dzieła oglądamy.
Dzisiaj,
tak bardzo ogólnie wspomnę Loreto, w którym jak na pewno wiecie, znajduje się
Sanktuarium Świętego Domku.
Z faktem,
iż relikwia znalazła się na Półwyspie Apenińskim, w regionie Marche, wiąże
się pewna legenda sięgająca do czasów średniowiecza, które słynęło z
organizowania wypraw krzyżowych. Otóż Krzyżowcy i rycerze innych zakonów
udawali się do Ziemi Świętej, aby strzec miejsc związanych z życiem Jezusa
i Maryi przed innowiercami. W 1291 r. Krzyżowcy zostali jednak
wyparci z Ziemi Świętej przez Turków.
I tu
się zaczyna historia sanktuarium loretańskiego. Otóż pewna zamożna rodzina De
Angelis, postarała się o przeniesienie części ziemskiego mieszkania Maryi i
Świętej Rodziny w bezpieczne miejsce, aby uchronić je przed zniszczeniem.
Domek przetransportowano w częściach, przewożąc go statkiem najpierw na
teren Chorwacji, a potem na Półwysep Apeniński.
Nazwisko
rodziny De Angelis przyczyniło się do powstania legendy, która mówi, że Święty
Domek został przyniesiony do Loreto przez aniołów z nieba, a po
drodze był kilkakrotne stawiany w różnych miejscach, które z wielu
przyczyn okazywały się niewłaściwe.
Legenda mówi, że gdy Domek postawiono w
Tersatto w Chorwacji, pielgrzymi byli narażeni
na napady ze strony złodziei, gdyż Święty Domek stał w lesie. Później relikwię
zabrano nad Adriatyk.
Najpierw do Porto Recanati a później do Ankony.
Obydwie przybrzeżne miejscowości były narażone na napady piratów tureckich,
grasujących po Morzu Adriatyckim, dlatego i one nie nadawały się na miejsce,
w którym można było założyć sanktuarium.
Nieodpowiednią lokalizacją okazała się
też posiadłość dwóch braci, którzy walczyli o zyski i wykorzystywali
pielgrzymów. Święty Domek postawiono wreszcie w lasku laurowym, na
starożytnej publicznej drodze, biegnącej przez wzgórze.
Od lasku laurowego
miejsce nazwano po łacinie „Lauretum”, a później Loreto. Tyle mówi
legenda.
Budowę
wspaniałej bazyliki rozpoczęto w XV wieku. Miała być godną oprawą dla
cennej relikwii, ale też miała zapewnić schronienie pielgrzymom, aby nie
musieli modlić się pod gołym niebem.
Czasy, w których trwała budowa
bazyliki były trudne, gdyż mieszkańcom tamtego rejonu zagrażały bezustannie
napady ze strony Turków. Dlatego też architektura bazyliki całkowicie odbiega,
że tak powiem od powszechnych standardów gotyku i renesansu.
Bazylika od
początku miała być nie tylko kościołem, ale także fortecą. Obecnie zachwyca swoją
monumentalną absydą, złożoną się z kilku półokrągłych, pomniejszych absyd,
które przylegając do siebie przypominają kształt ogromnego kwiatu.
Gęsto
usytuowane otwory okienne, biegnące na zwieńczeniu wszystkich absyd,
przypominają kamienną, lekką koronkę, całkiem jakby zostały zaprojektowane
tylko dla ozdoby.
Doświetlają korytarze, przeznaczone niegdyś dla strażników
okolicy, a tą wyjątkową absydę zaprojektował papieski architekt militarny,
który nazywał się Baccio Pontinelli.
Kopułę
nad bazyliką widać z bardzo daleka, jest usytuowana dokładnie nad Świętym
Domkiem. Jest wynikiem pracy dwóch wielkich architektów doby renesansu:
Giuliano da Maiano, który ją zaprojektował i Giuliano da Sangallo, który
wybudował sklepienie.
Ten ostatni pochodził z rodziny architektów i artystów z
Toskanii. Wcześniej pracował na dworze papieskim, podejmując projekty
zapoczątkowane przez Bramantego, których ten nie zdążył dokończyć.
Znanych jest
aż pięciu artystów o tym nazwisku. Natomiast w Loretto, krewny Giuliano da
Sangallo, który nazywał się Antonio da Sangallo Młodszy, będący inżynierem
fortyfikacji wybudował dwa potężne bastiony, położone na przeciwległych
krańcach masywnych murów, po to aby jeszcze lepiej ufortyfikować sanktuarium.
Jedna
z bram w murach nosi nazwę Porta Marina, ponieważ usytuowano ją od strony
morza. Turyści wchodzący przez nią mają okazję, aby dokładnie przyjrzeć się
monumentalnej absydzie bazyliki.
Kiedy
bazylika była już gotowa, trzeba było aby jeszcze najcenniejsza relikwia – Święty
Domek – zyskała godną oprawę.
Wtedy
na rozkaz niesłychanie przedsiębiorczego papieża Juliusza II, Donato Bramante
zaprojektował marmurową obudowę dla Świętego Domku.
Nad realizacją projektu
pracował jednak Andrea Sansovino, wraz z całym zespołem artystów, gdyż Bramante
w tym czasie pracował na dworze papieskim, nad projektem Bazyliki Świętego
Piotra.
Obudowa Świętego Domku jest uważana za arcydzieło sztuki renesansu,
jedno z najpiękniejszych we Włoszech.
W
bazylice loretańskiej, w Świętym Domku znajduje się figura Czarnej Madonny. Figurka
znajdowała się w tym miejscu od początku istnienia sanktuarium, czyli od XIV
wieku.
Ta, przed którą pielgrzymi modlą się obecnie, pochodzi z początku XX
wieku. W roku 1921 bazylikę nawiedził pożar i wtedy XIV wieczna figura
spłonęła. Nową wykonano z drzewa cedrowego, na wzór poprzedniej, przed którą
palono lampy oliwne ma kolor czarny.
Zabytkowa, dawna figura została skradziona
przez wojska napoleońskie, a gdy powróciła do Loreto w XVIII wieku, od tamtej
pory, jest ubierana w ozdobną dalmatykę.
Trudno
mi było o zdjęcie dobrej jakości i właściwie muszę przyznać, że zupełnie nie miałam
czasu, aby popracować nad zdjęciami. Tak je więc tylko tym razem pstrykałam...
no, ale są.
A
zatem, do następnego poczytania.
Dziękuję
za liczne odwiedziny, również podczas mojej nieobecności. Witam tych, którzy
niedawno zajrzeli tu po raz pierwszy i zostali. Wszystkich Słonecznie
pozdrawiam.
sobota, 19 kwietnia 2014
Życzenia
Życzę radosnego przeżywania Świąt Wielkiej Nocy, niech Zmartwychwstały Chrystus obdarza nas pokojem, radością i życzliwością, oraz niezachwianą wiarą, które są udziałem ludzi dobrej woli.
Subskrybuj:
Posty (Atom)